(Nie)wzniosły hymn o miłości.

(Nie)wzniosły hymn o miłości.


Czyli podziękowania za cały ten syf, stres i chaos, który sprawia, że jestem szczęśliwa.

Czasami naprawdę nie wiem czy już nienawidzę bardziej samej siebie czy może wszystkich dookoła. Wstaję codziennie rano i miewam wątpliwości. Do wszystkiego. Czy mam dobre życie, czy nie utknęłam w czymś złym, czy jestem dobrą matką, żoną i przyjaciółką. I nachodzi mnie często taka myśl, że skoro subiektywnie postawiłam siebie na piedestale jako wzór do naśladowania (bo przecież kto ma nim być dla moich dzieci?) to może coś jest nie w porządku z całym światem właśnie, a nie ze mną? I gryzę się z myślami o tym jak cholernie, ale cholernie jestem zła na wszystkich. Jakby to oni byli winni tego, że znalazłam się w takiej, a nie innej sytuacji. Że każdego ranka wstaję i robię dokładnie to samo mając jedynie pociechę z… pociech. Że na nic innego jak stary, śmierdzący dres już mnie nie stać. Że nie potrafię być już dla nikogo piękna i że jestem zużyta niczym stary trampek po zajęciach z wychowania fizycznego. Że skończyłam studia, a nie mam pracy, nie umiem gotować, a atopowe zapalenie skóry uniemożliwia mi wykonywanie praktycznie wszystkich obowiązków domowych. I mogę przysiąść, że wyrywam sobie włosy gniewając się na cały świat. A potem na siebie. Bo wiecie należę raczej do „chujowa pani domu” team. Nie jestem jakąś tam perfekcyjną matką, która gotuje zdrowe obiadki, uprawia jogging, ma czas na jogę, wyjście z przyjaciółmi po osiemnastej i wyjście tego samego wieczoru na romantyczną kolację z mężem. Nie robię też za trójcę świętą przedszkola będąc jednocześnie przewodniczącą rady rodziców i zastępcą samej siebie, by wymyślać na co jako skarbnik będę zbierać pieniądze. Moje dzieci też nie fruwają i nie posiadają innych nadprzyrodzonych zdolności, których mogłabym ich nauczyć. Bo przecież mimo tylu zainteresowań, kontaktów i zdrowych obiadków, które same się nie ugotują, mam tyle czasu, że bez problemu prócz czasu na naukę znajdowałabym jeszcze czas na pełnowymiarowy, ośmiogodzinny sen. I czasami aż nie chce mi się wierzyć, że ktoś taki istnieje. Albo jesteście wszyscy na prochach, albo to ja jestem jakąś trefną serią. Bo przecież sama nie jestem i to chyba jedyna, pocieszająca myśl, która koniec końców okazuje się być gwoździem do trumny, no bo jak można cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia? A jeżeli ktoś, mimo tego jak czasami bywa źle i jak wielkie wory pod oczami ma, uważa że to szczęście, to przecież nie należy temu komuś zazdrościć lub co gorsza być hipokrytą.

I tak siedzę sobie nieszczęśliwa. Znów niezadowolona, że praktycznie każdy mój dzień jest wielką batalią szarej rzeczywistości z sennymi marzeniami o macierzyństwie i idealnym małżeństwie. I to już nie chodzi chyba o mnie. Czasami mam wrażenie, że to moje zachowanie, mimo ogromnych starań źle wpłynie na przyszłość naszych gwiazd. Że za te dziesięć lat, Gabrycha oknem będzie mi się wymykać do jakiegoś klubu, a w plecaku Bianki (takim jeszcze w kwiatki, misie lub w inny słodki wzorek) znajdę szlugi. I nikt mi w tym nie pomaga. Bo wiecie, żeby chociaż dzieci były zawsze uśmiechnięte to wiedziałabym, że nawet w brudnym dresie z przetłuszczonymi włosami, czasami krzycząca i surowa, robię coś dobrze. Że udało mi się uratować tę ich beztroskość i niewinność jaką powinno mieć dziecko. Ale kiedy siedzisz w cudzym lokum, bo w mieszkaniu, w którym dane było nam mieszkać stwierdzono wyciek gazu i całą rodziną ewakuowaliśmy się na dwa dni (tylko dwa) do znajomych, przychodzi do ciebie córka i mówi „mamo ja chcę spać w swoim łóżku” to po prostu się załamujesz. I to całe „może robię dobrze” zamienia się w cholerne, czarne i bez dna „nie wiem”.  I jak tu przetrwać bez choć odrobiny wyżywania się na niewinnym, pluszowym jednorożcu? 


I do tego wszystkiego dochodzi mąż. Z dziećmi sobie poradzę. Ciągle to sobie powtarzam. Mamy tyle czasu, że zawsze zdołam pocieszyć się myślą, że jeszcze zdążę, że jeszcze je uszczęśliwię. Ale jak tu wychować starego barana, który ma ego wielkie jak Kanada? Tak, tak, kompromisy. Ale co wtedy jeśli już nawzajem nie potraficie się uszczęśliwiać? Bo każdy wasz cholerny dzień wygląda tak samo lub w gorszym przypadku – zaskakuje nowymi problemami. Bo przecież jak może ze mną wytrzymać skoro któryś raz z kolei zatrzasnęłam kluczyki od samochodu wewnątrz auta? A potem z nerwów, kiedy już znaleźliśmy ten zapasowy komplet kluczy w mieszkaniu, puściłam zbyt szybko sprzęgło, a samochód praktycznie pofrunął żabką uderzając w pojazd sąsiada, który jak na złość oczywiście musiał zaparkować swoim automobilem tak blisko naszego jak tylko się dało. A potem szanowny egoista wypomina mi wady, które nie istnieją. Bo przecież dlaczego miałabym być złym kierowcą i dlaczego niby jestem perfidna? Przecież nie planowałam dobijać staruszka, którego dzień wcześniej wkurzyliśmy za głośną muzyką poprzez zdemolowanie mu auta. I te całe kłótnie czy kupiłam makaron, bo on nie zje ziemniaków, chce makaron. Ale kiedy zapomniał spakować butelki dla Bianki to nic się nie stało! Widocznie jeszcze nie musiał kupować nowej w aptece, wyparzać smoczka i przyzwyczajać dziecka do tego obleśnego smaku świeżej gumy. A potem kłócimy się na korytarzu, a większość zdań zakończona jest sformułowaniem „ty głupia blondynko” bądź „stary, zadufany jełopie” jadąc przy okazji swoje twórcze pomysły, bo przecież "artystów" takich jak my najlepiej zranić obrażając ich chore płody. I warczymy na siebie i szukamy dziury w całym. 
A potem siadam sama na kanapie jak ta sierota i ryczę. Na początku z powodu tego jak to wszystko wygląda, a potem uświadamiam sobie jak to wszystko wyglądało naprawdę. I płaczę jeszcze mocniej i żarliwiej, że jakbym mogła to nakręciłabym dzięki tym łzom Titanica 2

Bo wiecie co? Było osiem stopni na dworze i zrobił grilla. I wybrał mi najmniej spalone kawałki papryki i mięsa z szaszłyków pozwalając upić trochę swojego piwa. A wcześniej, gdy zabrałam się za szorowanie wanny krzyknął „ej, ej, ja to zrobię”, wiedząc że cholerny odkamieniacz prędzej wypali moją chorą skórę niż zmyje ten kamień. I zawsze, ale to zawsze wypłucze pranie. I chowa ciastka, żeby małe stwory wszystkiego nie zjadły, żeby coś dla mnie zostało. I kupuje mi nowy dres mówiąc, że stary już się nie nadaje, albo w ogóle oddaje mi jakąś swoją bluzę, w której ze spokojem mógłby iść do pracy, ale zostawia ją dla mnie. Na stracenie, bo żadna, ale to żadna bluza nie wygra z dwójką hiperaktywnych dzieci. I wie jakie sosy do hot-dogów lubię i nie pyta się milion razy o to, gdy wbiega do jakiegoś sklepu po nasze szybkie i mega „zdrowe” śniadanie. I może czasem to wynika z jego ego i dumy, ale nie pyta, nie dręczy jak jestem zła. Ale też nie idzie spać, dopóki chociaż trochę nie wymusi na mnie odpowiedzi lub w choć małym stopniu nie zmniejszy mojego gniewu. 

I w końcu… 

Zostawia kartkę na szybie pod wycieraczkami auta sąsiada:
„Stuknąłem pański samochód. Proszę o kontakt”

I te małe, te cholernie małe dowody miłości sprawiają, że cały ten tekst wydaje mi się koniec końców abstrakcją, nieprawdą, brzydkim snem po gorszym dniu, wyładowaniem się, by zrozumieć co jest istotne.
Mówi do mnie między wierszami.
I w zasadzie niczego innego nie potrzebuję. 


Dlatego też następnym razem jak będzie się upierał, że on to tej kurtki/butów/książki/strun/innejważnejdlaniegorzeczy nie potrzebuje, że lepiej jakbym to ja wydała te pieniądze na coś dla siebie, to po prostu mu tą rzecz kupię. A potem dokupię piwo. I ten cholerny makaron.

Taka jestem romantyczna. 
O życiu leśnym i nie tylko.

O życiu leśnym i nie tylko.


Nadszedł chyba najwyższy czas, aby sobie coś wyjaśnić. Nie lubię ciemnoty i głupoty, a takimi sprawami przeważnie bardziej przejmuje się Bartek. A raczej częściej zabiera w nich głos niż ja. Potrafię być naprawdę cierpliwa i szczerze mówiąc dobrze było mi z swoją zasadą, że milczenie jest złotem, jednak już dość z tym. Długo zastanawiałam się czy powinnam opublikować ten wpis. Napisałam go już przedwczoraj, czasami mocno uderzając w klawisze klawiatury wyładowując przy tym całą swoją złość i przygnębienie. Gdy już skończyłam pisać, poczułam że całe te negatywne emocje mnie opuściły i nie potrzebuję ich upubliczniać. Mogę jednak prawić swoje racje i w jakiś sposób nauczać lub przekonywać do swojego zdania, bo mam do tego prawo, tak jak każdy inny. Dlaczego nie zaczęłam robić tego wcześniej? Chyba przez to, że to jedna, wielka walka z wiatrakami. Albo po prostu się bałam. Na blogu jednak nie zaatakuje mnie banda gimnazjalistów, psychofanów lub totalnych szaleńców, którzy obrzucą mnie i moją rodzinę błotem, serdecznie życząc mi śmierci. A przynajmniej nie pozwolę sobie na takie komentarze, choć szczerze wątpię, że jakiekolwiek się pojawią. Jest kilka kwestii, które mnie gnębią i zaczynają powoli spędzać sen z powiek. No może bez przesady, ale zdecydowanie zniechęcają mnie do ponownego zasiadania przez komputerem. Nawet jeśli nie zaglądam na żadne strony i nie interesuję się polityką czy innymi światkami to strumień powiadomień z Facebooka zalewa mnie każdego dnia rażąc moje oczy i doprowadzając do stanu, w którym nie wiem czy jestem bardziej zła czy smutna. Nie obserwuj aktywności znajomych i polubionych stron. To po co mieć takie osoby w znajomych lub klikać lajki jakimś fanpage’om? Poza tym ciekawość ludzka jest zdradziecka i doskonale zdaje sobie sprawę, że w większości przypadków to tylko i wyłącznie moja wina. Ale jak długo mam bronić głupoty ludzkiej tylko dlatego, że to ja przyczyniłam się do jej rozpowszechnienia czytając jakiś wpis lub artykuł? Od dzisiaj przestaję być Jezusem Internetu i zdecydowanie nie będę brała czyichś grzeszków na swoje barki poprzez milczenie i usprawiedliwianie faktem, że ktoś jest niedoedukowany, niewychowany czy nietolerancyjny wobec mnie i innych. Jesteśmy dorośli i czas się ogarnąć. Jeśli ktoś ma prawo do wygłaszania swojego zdania (najczęściej myśląc, że nie niesie to z sobą żadnych konsekwencji) to ja również mam do tego prawo! Jestem jednak świadoma, że wszystkie moje czyny są przyczyną jakiś zdarzeń i jeżeli kogoś obrażę swoim wywodem to z chęcią wysłucham tego co ma do powiedzenia na swoją obronę nie życząc nikomu raka. Tak więc taka mała informacja do wszystkich, którzy tak się wyrażają (choć nie chciałam używać niecenzuralnych słów): Karma nie jest dziwką. Jest sprawiedliwa. I wróci do każdego.

Na początku chciałam zaznaczyć, że szanuję każde odmienne stanowisko niż moje o ile nie jest ono owiane hipokryzją. Rozumiem fakt, że każdy ma prawo do swojego zdania i nie przeszkadza mi konwersacja czy nawet kłótnia polegająca na wymianie poglądów. Jeśli więc użyję jakiś słów, które w jakiś sposób dotkną drugą stronę to można być pewnym, że nie miałam tego na celu. Być może po prostu źle dobrałam te słowa, albo po prostu wciąż nie rozumiem tego innego stanowiska, choć zawsze staram się spojrzeć na wszystko z obu stron. Poza tym na każdy temat, na który zamierzam się wypowiedzieć mam choć podstawową wiedzę (bądź też obszerną) lub znam sprawę z własnego doświadczenia. Także uważam, że tym bardziej mam prawo wygłosić swoją opinię i dać upust emocjom, które gromadziły się we mnie od jakiegoś czasu.


Kobiety w czerni.

Jak każdy się już domyśla, chodzi mi o Czarny Protest, w którym nie brałam udziału. Czy był słuszny? Zapewne tak, ponieważ nowa ustawa antyaborcyjna jest po prostu zła. Ogranicza prawo kobiet do opieki podczas ciąży i prawo do decyzji (ale tylko w jakimś stopniu). Zamieszanie jakie wywołał nowy projekt doprowadził do kolejnych słów nienawiści i to nie tylko w stronę rządu czy kościoła, ale też między samym społeczeństwem. Szczerze? Czarny Protest był naprawdę dobrą okazją, aby się zjednoczyć i zrozumieć w końcu bliźniego swego. Jak matki z niematkami, wierzący z niewierzącymi i dzieci z dorosłymi mogliby w końcu ująć się za ręce i pokazać jedność, która po prostu boi się o swoje życie w XXI wieku, który coraz bardziej przypomina wiek XIII. Głupota jednak niektórych osób doprowadziła do kolejnych sporów i nieprzyjemnych słów, które trafiły także w moją osobę. I bezpośrednio i pośrednio. Wszystko zaczęło się w czwartek, kilka dni przed protestem, kiedy większość (a raczej wszystkie) moich koleżanek i "koleżanek" z pracy postanowiła wziąć wolne na poniedziałek. Szef nie miał nic przeciwko. Jako instytucja zajmująca się kulturą, mieliśmy dość solidny plan na ten dzień dotyczący właśnie trochę Czarnego Protestu. Uznaliśmy (a raczej uznali), że fajnie będzie jeśli ktoś przyjdzie do nas w ten dzień i zobaczy za ladą lub w innych salach samych facetów. Będzie to dobre wsparcie dla kobiet. Mężczyźni wcale nie musieli protestować, aby je okazać. Wystarczy, że zastąpili na zmianie protestujące kobiety. I to był całkiem dobry pomysł! Ale co ze mną? To, że nie protestuję nie oznaczało, że jestem za nową ustawą. Chciałam przyjść do pracy, bo dla mnie to dodatkowe osiem godzin pieniędzy. Jestem w sytuacji, w której każdy grosz się liczy, zwłaszcza, że Bartek miał dwa tygodnie wolnego uzbieranego z swoich grafikowych, a więc nie obowiązywał go płatny urlop. Tak jak mnie, ponieważ nie przepracowałam jeszcze wymaganych, trzech miesięcy. Nie przychodź, usłyszałam od szefa. Masz jeden dzień wolny grafikowo za ostatni weekend, dodał po chwili. I tak w ten sposób wykorzystałam jeden jedyny, przysługujący mi wolny dzień na Czarny Protest zamiast na Halloween, które miałam spędzić z dziećmi. Ale czy to koniec niesprawiedliwości? Oczywiście, że nie. Kiedy "koleżanki" dowiedziały się o moim wolnym dniu, przyszły przekazać mi informacje, o której się spotykamy i w jakim miejscu, aby odnaleźć się w zapewne dużym tłumie ludzi. Grzecznie odmówiłam oznajmiając im, że ostatnimi czasy czarny nie jest moim kolorem i że wolę spędzić ten dzień z źle czującym się mężem i dziećmi, które pewnie nudzą się jak mopsy, bo ich ojciec leży cały dzień na kanapie przykryty po uszy kocem i marudzi na calutki boży świat. No tak, masz dzieci to nie będziesz strajkować. Strajkować? Co to Poznań ’56? Pomyślałam i poczułam ukłucie złości, a na moje usta zaczęły cisnąć się już różne słowa i w zasadzie tylko mocno ściśnięte wargi powstrzymywały je, aby nikt ich nie usłyszał. Zrobiło mi się przykro. Jak jedno zdanie, jak głupota ludzka potrafi zasiać w nas ziarenko nienawiści. I w zasadzie właśnie tak wszystko się zaczyna. Pytanie tylko po której stoimy stronie? Darującej sobie chaos Natalii czy też większości społeczeństwa, które odezwałoby się (tak jak ja chciałam to zrobić przez krótką chwilę) rozpętując tym samym ogromny shit storm. Skoro była już przypowieść o mnie to może teraz przedstawię swoje podejście do całej tej sprawy. W Czarnym Proteście uczestniczyły osoby, które nie wiedziały nawet o co walczą. Część osób (głównie młode osoby) jaka pojawiła się na owym wydarzeniu chciała zmian, ale nie takich jak proponował rząd. A więc wiązało się to także z tym, że prawdopodobnie nie popierali także obecnej ustawy. Czarny Protest nie dotyczył widzimisię co czwartej Polki. Był sprzeciwem, manifestacją, która miała pokazać, że nie zgadzamy się na nowy projekt, ale tym samym akceptujemy obecne warunki. I gdyby to było takie jasne to być może sama przyodziałabym czerń i poszłabym na Plac Mickiewicza w Poznaniu. Wykrzykiwane jednak hasła budziły wątpliwości i przedstawiały raczej chore feministki. Dlaczego chore? Bo zdrowy feminizm jest jak najbardziej w porządku i nie mam nic do takiego światopoglądu. Drugą kwestią był fakt jak niematki krzyczały i wypowiadały się na temat prawa do decyzji. Ale dokładnie jakiej? Chcę mieć dziecko czy nie chcę? To nawet nie powinno być roztrząsane, bo jak wcześniej wspomniałam protest nie dotyczył rozpowszechnienia aborcji. I choć zdaję sobie sprawę, że chodziło o decyzję w przypadku trzech wyjątków w jakich można dokonać aborcji to rzucane hasła w cale tego nie sugerowały. Poza tym uważam, że niematki nie mają na tyle doświadczenia, aby wypowiadać się w sprawie ciąży zagrożonej. Dlaczego? Bo nie poznały jeszcze jak silna potrafi być więź między matką, a nienarodzonym dzieckiem (lub też fasolką – zależy kto od jakiego momentu nazywa połączone komórki człowiekiem) i jak trudna jest taka decyzja. O wiele trudniejsza niż rzucanie haseł na proteście! Nie wiem czy ludzie zdają sobie z tego sprawę, ale nie tylko ciąża pozamaciczna stanowi zagrożenie dla życia matki. Jest wiele innych przypadków, w których matka mimo obawy o własne życie jest w stanie urodzić zdrowe dziecko i decyduje się na to! Tak, jest to jej decyzją i nie mam nic do osób, które w takiej sprawie zrezygnowałyby z tego, ale jaki sens ma obrażanie tak odważnych matek na forach dla "osiągnięcia celu" Czarnego Protestu? Zastanówmy się nad własnymi słowami. Protestowali, aby mieć wybór więc dlaczego odbieramy go innym, którzy stoją po przeciwnej stronie? Dlaczego popadamy z skrajności w skrajność? Tymi retorycznymi pytaniami zakończę rozważania nad tą sprawą.


Nienawiść czy zawiść?

Ostatnimi czasy pojawia się na łamach serwisu YouTube coraz więcej kanałów, które polegają na tym, że ich właściciele udostępniają filmy czyjegoś autorstwa i je komentują, reagują na nie czy też po prostu obrażają twórców. Bawi mnie to, ponieważ taki kontent nie ma nic wspólnego z kreatywną pracą twórczą, a w dodatku jest miejscem, w którym bezkarnie można sobie poużywać i obrażać innych. Nie twierdzę, że filmy brane na tapetę przez tych youtuberów mają jakąkolwiek wartość czy też nie przedstawiają jawnej patologii, ale po co to rozprzestrzeniać? Po co szczuć młodych ludzi, którzy wciąż wierzą, że ich działania w Internecie nie niosą z sobą żadnych konsekwencji? Jeśli ktoś naśmiewa się (nawet jeśli mówi, że nie robi tego złośliwie) z chorego nastolatka, który wrzucił film do sieci to daje on zły przykład publiczności, która ogląda go, mimo że tworzony rzez niego materiał jest przeznaczony dla osób starszych. Ktoś kto ma dwadzieścia pięć tysięcy subskrypcji (dla youtuberów z top dziesiątki to nic, dla mnie to liczba mieszkańców rodzinnej miejscowości Bartka) nie ma już kontroli kto ogląda jego kanał. I mimo, że miasto, z którego pochodzi Bartek składa się z każdej warstwy wiekowej to YouTube składa się głównie z nastolatków w wieku gimnazjalnym. W wieku, w którym człowiek ma w sobie najwięcej nienawiści, i w którym jest najbardziej podatny na krytykę. Mało zła na tym świecie? Mój problem z tym zagadnieniem nie dotyczy jednak tej całej nietolerancji i niezrozumienia tego, że niektóre słowa nie powinny oglądać światła dziennego. Choć to ogromna zgroza. Po prostu nie chcę mi się wierzyć, że ktoś czerpie korzyści z czyjegoś materiału. Filmik, najczęściej bzdurny filmik lub nowa ploteczka, która staje się hitem Internetu trafia na inne kanały. Tylko po co? No na pewno po to, aby twórca mógł wrazić swoją "unikatową" opinię. To nawet dziewczyny od grupy Rae Sremmurd były lepsze, bo zdobyły sławne dzięki własnym zasługom. A ile osób dojebało fejm udostępniając ich filmiki i komentując ich zachowanie? No właśnie. (Dalej przepraszam za niecenzuralne słowa) Poza tym mówienie o czymś non stop jest dla mnie przykładem czystej zazdrości, która siedzi gdzieś w nas samych być może podświadomie.


Drewno z półek supermarketów.

Najbardziej gorący temat wśród leśników, ekologów i obrońców przyrody. Najmniej ważny dla społeczeństwa polskiego, które zakrząta sobie teraz głowę rządami niechcianej partii i planuje kolejne protesty zamiast pomyśleć o wycieczce na wybory. Ale czy jest to taki nieważny temat? Otóż nie! I nie jest on istotny dlatego, że w Polsce wycina się coraz "więcej" lasów. Nie, nie, nie! Temat wycinki drzew czy polowań stał się tym gorącym tylko dlatego, że Polakom brakuje podstawowej wiedzy przyrodniczej. Powiedzmy sobie jedno. Chcesz być eko? To musisz ścinać drzewa. Proste. I nie ma bata, aby było inaczej. Jeśli ktoś kiedykolwiek myślał, że jego drewniane krzesło wyczarowano w Ikei to się grubo pomylił.  A teraz kilka słów wytłumaczenia i szybka lekcja z podstaw leśnictwa. Lasów nie wycina się dla widzimisię człowieka tylko dla jego ważnych potrzeb. Pozyskane drewno wykorzystywane jest do produkcji mebli, podłóg, palet, ma ogromne znaczenie w budownictwie i w codziennym, prostym życiu jako chociażby opał. Bronienie każdego pojedynczego drzewa nie ma sensu, ponieważ każde takie drzewo zostało zasadzone w tym, konkretnym, a nie innym celu. Jeżeli komuś się to nie podoba to niech zaczyna wyrzucać już większość swoich mebli. Poza tym to nie jest tak, że ZUL wchodzi do lasu i rąbie wszystko co napotka na swojej drodze. Powierzchnie zrębowe są starannie wyznaczane według twardych zasad i planu urządzania lasu, który posiada każde nadleśnictwo. Wybierane są wydzielenia leśne w konkretnym przedziale wiekowym, ponieważ drzewo jak każdy żywy organizm ma najlepszą jakość jako surowiec w danej klasie wiekowej. Dlatego argumenty czy to drzewo nie może pożyć dłużej albo przecież za sto lat to drzewo też tu będzie są bez sensu. Takie starodrzewy nie mają żadnej wartości prócz historycznej lub estetycznej. Czasami nawet te estetyczne walory gdzieś znikają tak jak w przypadku lasów karpackich czy Puszczy Białowieskiej. Jeżeli kogoś cieszą spróchniałe świerki to proszę bardzo. Mnie nic do tego, możecie zalewać je betonem, aby utrzymać w całości pnie. Tak więc podsumowując swoją wypowiedź: drewno jest jedynym odnawialnym surowcem, a zanieczyszczenia powstające poprzez spalanie gałązek są najmniejsze z pośród wszystkich rodzajów opału. Może wytłumaczmy sobie dlaczego teraz tak często słyszy się o wycince drzew? Nasze lasy zostały założone po II Wojnie Światowej, a więc minęło już sporo czasu odkąd zasadzono jedne z pierwszych drzew w Polsce na terenach gospodarczych. Nic dziwnego, że są teraz ścinane. Po prostu dojrzały do wieku, w którym są najlepsze. Liczne wycinki nie oznaczają jednak dewastacji polskiej przyrody. Mimo tak wielu zrębów, polskich lasów wciąż przybywa! Dlatego nie mamy się o co martwić i kłócić o każde, pojedyncze drzewo. To, że wycinamy stuletni las (a raczej jego część, las nigdy nie składa się z jednej struktury wiekowej) to nie oznacza, że pozbywamy się wysokich sosen, których potomstwo rosnące na ich miejscu osiągnie taką wysokość dopiero za kolejne sto lat. Kilka metrów obok rośnie osiemdziesięcioletni las, który wygląda dokładnie tak samo jak ten stuletni. Jego wycinką zajmiemy się dopiero za lat dwadzieścia, a więc dla niektórych (w tym i dla mnie w chwili obecnej) ten czas to praktycznie całe dotychczasowe życie. Drzewa nie znikają tak nagle. Lasy nie są nigdy wycinane do zera, bo to szkodzi hodowli. Nie sadzi się też ich byle jak. Wszystko jest dokładnie opracowane i związane z daną krainą leśną, glebą i zapotrzebowaniem surowca na konkretny gatunek. Nie bez powodu najgorszą katedrą na Wydziale Leśnym jest Katedra Urządzania Lasu z królującym tam THLem (Techniki Hodowli Lasu).  Natalia, chcesz powiedzieć, że sadzimy lasy tylko dla zysku? Moim zdaniem tak. Założenie takiego lasu, jego pielęgnacja, a następnie pozyskanie to ogromna suma pieniędzy, dlatego surowiec jaki mamy pozyskać musi mieć większą wartość niż zaplanowane przy jego opiece prace. Walory estetyczne są jedynie dodatkiem, a funkcja schronienia jaką takie zadrzewienie pełni jest mało istotna. Sarny nie urządzają wnętrz, aby zależało im na egzystowaniu w tej, a nie innej części jakiegoś tam boru. Kocham las i serce mi się kraje, kiedy dowiaduję się od swojego taty o kolejnym zrębie w mojej ulubionej części kołodomowej puszczy, jednak rozumiem zapotrzebowanie tej gospodarki i wiem, że jest to po prostu potrzebne światu. Potrzebne nam. Bo inaczej nie mielibyśmy gdzie umieścić swoich czterech liter. Chyba, że dalej chcemy zanieczyszczać środowisko tworzywami sztucznymi.


Przytulmy martwe pluszaki.

To co się stało na Hubertusie Spalskim jest nie do opisania. Po prostu brak mi słów na zachowanie aktywistów pewnej grupy chroniącej zwierzęta. Ja naprawdę rozumiem ludzi, którzy nie tolerują myślistwa, są wegetarianami, weganami lub po prostu nie mogą spać po nocy, bo zobaczyli filmik w Internecie zmasakrowanych kurczaczków. Odstawianie jednak takiego przedstawienia było lekką przesadą. Powinni zająć się raczej owymi kurczaczkami niż wkraczać na tak grząskie grunty jak myślistwo. Sama jestem myśliwym, zrobiłam kurs, ponieważ wywodzę się z rodziny z tradycją myśliwską. Znam kodeks, etykę, potrafię strzelać, jednak nie poluję. Dlaczego? Nie mam sumienia. Mięso jednak jem i jestem naprawdę wdzięczna, że są osoby, które traktują myślistwo jako pasję i mogą czerpać z tego radość. Czy to chore? Cieszyć się z zabijania? Właśnie tak to widzą zwykli ludzie. Ale czy ktoś czepia się wędkarza, który jeździ na ryby, bo to kocha? Jakoś nie. A przynajmniej nie w takim stopniu jak myśliwych, choć śmierć utłuczonej ryby jest bardziej drastyczna niż śmierć zastrzelonego dzika. Dlatego też nie będę szkalować myśliwych za to co robią, ponieważ szkoda mi zwierząt. Bo szkoda. Mięso jednak lubię i z niego nie zrezygnuję. Uważam, że jest ważne w diecie człowieka. W żadnej epoce nikt nie przeżył zbyt długo na samych roślinkach. Jasne, można zastąpić zwierzęce białko tylko nie jest to dobre na dłuższą metę. Zawsze, ale to zawsze, choć w małym stopniu będzie nam ono potrzebne. Dlaczego nazwałam myślistwo grząskim gruntem?  Wszystko ma swoje dwie strony medalu. Z jednej strony upolowanie zwierzyny równa się z szybką i bezbolesną śmiercią. W dodatku takie zawierzę przeżyło swoje życie w spokoju w przeciwieństwie do wspomnianych już kilka razy kurczaczków, które od urodzenia były źle traktowane, a na koniec po prostu zabite. I przypominało to raczej rzeź, a nie szybką śmierć. Z drugiej strony, jeżeli istnieją psychiczni obrońcy przyrody to istnieją również psychiczni myśliwi, których historie często wykorzystywane są przez aktywistów. I to jest najgorsze. Nikt nie zauważa, że zarówno ci zdrowi obrońcy jak i zdrowi myśliwi kochają zwierzęta i są w stanie im pomagać. Nieważne co ludzie mają na talerzach. Ważne co mają w sercach. Zdaję sobie sprawę, że do poruszenia tych kwestii zmusiły mnie zaledwie trzy posty pani Kingi Rusin, która prawdopodobnie nie ma żadnej wiedzy na temat przyrody. A przynajmniej tak wnioskuję po tych paru postach. W jednym z nich zawarte były słowa mówiące o sprzeciwie w sprawie zabijania jeleni, dzików, a nawet żubrów i wilków. No szkoda, pani Kingo, że nie wymieniła pani jeszcze rysiów! Dlatego, uważam że społeczeństwo ma naprawdę małą wiedzę, ponieważ każdy myśliwy, szanujący się myśliwy zna kodeks i wie, że na pewne gatunki się nie poluje. A kłusownictwo to zupełnie inny, o wiele cięższy kawał chleba. O ile mi wiadomo na kierunkach ochrony środowiska jest taki przedmiot jak podstawy leśnictwa. Nie wiem czego na nim nauczają, jednak to istotne, aby w końcu tak ważny kierunek przestał kłócić się z leśnictwem, które nota bene w swoim programie nauczania zawiera o wiele więcej przedmiotów na temat środowiska niż wspomniana ochrona na temat leśnictwa. Zaczynając od ekologii ogólnej, poprzez ochronę środowiska, przyrody, lasu, aż po ekologię w świadomości społecznej. Ja wiem, że leśnicy i myśliwi bywają szorstcy (mój tato pozdrawia), ale prócz wielkiego serca mają to praktyczne podejście, które nie jest akceptowane, a przy dzisiejszych wymaganiach gospodarki po prostu powinno być i już. Bo od zarania dziejów ścinamy drzewa i jemy zwierzęta. I nie ma w tym nic brutalnego. Nie w stawianiu domów pełnych miłości i w podawaniu posiłków z tej miłości. Krąg życia ka-bum!


Tymi słowami pragnę zakończyć swoje wywody. Chciałam znaleźć słowa Mufasy, jednak jedynym sposobem byłoby obejrzenie po raz tysięczny Króla Lwa. A ponownej śmierci ojca Simby po tak obszernej pogawędce na temat przyrody i ludzkiego życia, po prostu bym nie przeżyła!   
Niepoważny, jestem niepoważny!

Niepoważny, jestem niepoważny!



"Chodzę sobie całymi dniami
 Chodzę sobie mojego miasta ulicami
 A wy tak dziwnie się na mnie patrzycie
 Tak, ja wiem co o mnie myślicie"

Mam dwadzieścia trzy (prawie) lata i jestem ojcem. I z doświadczenia wiem, że to jedno zdanie wystarczy, aby ludzie mieli taką, a nie inną opinię na mój temat. Nawet nie muszę dopowiadać, że mam dwójkę dzieci, a starsza gwiazda skończyła już trzy lata. Przerażającym faktem jest to, że nawet monitoring miejski (emerytki w oknach bloków) krzywi się na widok młodych ludzi z dziećmi. Śmierdzi to dla mnie z daleka hipokryzją, ponieważ zaledwie te trzy, cztery dekady temu młody model rodziny był jeszcze na porządku dziennym i nikogo nie dziwił fakt, że dwudziestoletnia dziewczyna bierze ślub i zakłada rodzinę. W tej kolejności! Zdecydowanie. Jednak nie zamierzam rozprawiać o krzywych spojrzeniach czy starzejącym się społeczeństwie na świecie. Chciałem tylko powiedzieć, że jestem dwudziestotrzyletnim ojcem i dojrzałem. W zasadzie nigdy o tym nie myślałem, ani nie rozprawiałem zbyt wiele nad swoją osobą pod tym kątem, jednak śmiało mogę powiedzieć, że staję się innym człowiekiem. Jestem dojrzały jak cholera i chyba po raz pierwszy w życiu mówiąc to sobie przed lustrem nie czułem się jak kłamca. 

Nie jestem za to poważny. Bawi mnie fakt, jak ludzie bardzo łatwo mylą te określenia. I choć w tym momencie bliżej mi do melancholika spędzającego wolne popołudnia (to ściema, z dziećmi nie masz wolnych popołudni, nie z siedmiomiesięcznym szkrabem) na parapecie w oknie z książką w ręku to tak naprawdę nigdy nie byłem takim człowiekiem. Zawsze lubiłem odstawiać szopki, a żarty dla gimnazjalistów rodem z programu zDupy dalej mnie bawią. I szczerze? Nie przeszkadza mi to, że ktoś ma mnie za debila tylko dlatego, że w piątkowy wieczór postanowiłem wyjść z kumplami do pubu i wróciłem do domu chwiejnym krokiem. Alkohol jest dla ludzi jak to mawiała moja nauczycielka biologii w gimnazjum. Faktycznie jestem debilem. Każdy wie, że tankowanie do trzeciej w nocy kończy się kacem, a łażenie po przęśle na moście Rocha może skończyć się upadkiem i nie daj… Whisky? (wiara w alkohol na chwilę obecną wydaje się bardziej normalna niż wiara w kościół pchający się do polityki) złamanym kręgosłupem. Werdykt? Dorośnij. Kto w twoim wieku (a raczej sytuacji) odstawia takie rzeczy? No właśnie. Tylko co do cholery oznacza dorośnij? Znam doskonale swoją sytuację, z pewnością najlepiej z wszystkich otaczających mnie osób i naprawdę zdaję sobie sprawę, że oglądanie skaczącego i śpiewającego puddingu na youtubie nie pasuje do wizerunku ojca, ale who cares? 

Nikt nie powiedział mi, że mam być poważny. Mam w końcu dwadzieścia trzy lata, a w dodatku jestem facetem. Nie spoważnieję pewnie do sześćdziesiątki. Dlatego często nie rozumiem problemu ludzi, których spotykam na mieście podczas spaceru z Natalą, albo wypadu na bilard z kumplami. Nie powinieneś być w domu? Albo w pracy? Masz dzieci przecież. No mam, brawo Einsteinie. Nie zdawałem sobie sprawy, że bycie rodzicem według nie rodziców wiąże się z kamienną twarzą, brakiem poczucia (tego specyficznego) humoru i pracą przez dwanaście godzin, a przez kolejne dwanaście zajmowaniem się pociechami. Czy naprawdę tak ludzie w moim wieku wyobrażają sobie rodzinę? Albo inaczej… Czy ludzie w moim wieku tak wyobrażają sobie ludzi w moim wieku, którzy mają dzieci? Czym różnię się od trzydziestolatków, którzy właśnie dostali awans i uznali, że to dobry moment na powiększenie rodziny? Prócz faktem, że najprawdopodobniej podjęli świadomą decyzję? Ale co z tego? Pierwsze dziecko jest pierwszym dzieckiem i pomijając to, że mają na pewno lepszą sytuację finansową niż ja to niczym się nie różnimy. Będą tak samo trząść dupą jak my na każde kichnięcie, z pewnością choć raz zrobią za ciepłe mleko i zapomną podać tabletki rano, albo z złości będą mieli ochotę przykleić taśmą smoczek do rozryczanej buzi brzdąca, żeby przestało w końcu drzeć się i denerwować sąsiadów. Nie ma bata, żeby było inaczej. To normalne. I całkowicie niepoważne, ale ludzkie. Nikt jednak nie ma gwarancji, że po trzech latach się nie rozwiodą, on nie będzie płacić alimentów, a ona nie będzie interesować się dzieckiem, bo będzie wolała swoje koleżanki. Bo przecież sam rozwód nie jest niedojrzałą decyzją. 

Dzisiaj widzę wiele rzeczy zupełnie inaczej. Nie twierdzę, że się nie bałem, że nie chciałem uciekać, że się nie kłócimy i że nie ma momentów, w których mówimy mam dość czy po prostu nie dajemy rady. Ale koniec końców, po piętnastominutowym gapieniu się w sufit leżąc na kanapie i przeklinaniu Whisky (czy też Boga), podnosimy się, uspakajamy czerwone jak burak od darcia mordy dziecko, przepraszamy sąsiadów i prosimy, żeby nie dzwonili na policję, a potem jedziemy znowu na pełnych obrotach. I tak każdego dnia. Każdego dnia idę do pracy, opłacam fakturę za Internet co miesiąc i inne rachunki, myślę o wszystkich kupując słodycze w sklepie. A potem kupuję pastę do zębów, bo o zęby trzeba dbać, mimo że fluor ma podobno szkodliwe działanie. Odstawiam teatrzyki z rękawiczek, rajdy po salonie, szklarnie z rzeżuchą pod prysznicem, a przede wszystkim po prostu jestem. Poza tym nie wyobrażam sobie odejść. Nie po tym wszystkim, choć jeszcze rok temu oboje widzieliśmy szansę na ucieczkę i normalność w tej ucieczce, co wiązało się z naszą niedojrzałością. Teraz nie mógłbym tak po prostu wyjść i zostawić rodziny z zatkanym kiblem, albo kopiącym prądem tosterem, tak jak oni nie mogliby zostawić mnie wiedząc, że jeżeli nie zmuszą mnie do zdrowego obiadu to będę żyć samym makaronem i kawą. I co powiemy dzieciom? I co jeśli będę potrzebować tych dokumentów, o których tylko ona wie, gdzie egzystują? A co wtedy jeśli ona znowu przylutuje w jakieś auto wyjeżdżając z parkingu? To takie śmieszne, że w dojrzałości jest tak mało miejsca na miłość, jednak jeśli spojrzeć na to wszystko z naszej perspektywy to praktyczność staje się romantyczna. 

I szczerze? Mogę się założyć, że jakieś 15% ludzi w moim wieku nie ma pojęcia, gdzie iść zapłacić rachunek za wodę. 25% mimo, że pracuje nie potrafi wypełnić PIT-a, 10% pracuje po agencjach, gdzie nie ma rozmów o pracę, tylko dlatego, że nie umieli sporządzić CV lub wygadać się na takowej rozmowie, 5% nie wie, że istnieje coś takiego jak mleko w proszku dla dzieci, a pozostałe 45% nie potrafi wywołać szczerego uśmiechu u innych. Tak więc mogę kląć, oglądać bajki Disney’a, upijać się i mówić bzdury, ale nikt nie wmówi mi, że jestem niedojrzały. Bo dojrzałość to nie tylko postrzeganie świata, nauka nowych umiejętności i pamiętanie o terminach. To przede wszystkim przyjmowanie na klatę konsekwencji swoich czynów i jeśli ktoś w wieku trzynastu lat zaczytuje się w Hemingwayu to nie jest dla mnie dojrzały tylko poważny. Z drugiej strony nie twierdzę, że prześcignąłem swoich rówieśników, ani że dojrzałem szybciej ze względu na swoją sytuację, choć na pewno miała ona duży wpływ. Po prostu jestem zdrowo dojrzały jak na dwudziestotrzyletnią osobę. Chociaż nie wiem czy istnieją jakieś stopnie lub progi takiej dojrzałości. Ktoś jest, albo nie jest dojrzały i koniec. A to czy taką osobę bawi Bukowski czy koty na deskorolkach to zupełnie inna sprawa.  Nie(po)ważna
Dziesięć przykazań małżeństwa

Dziesięć przykazań małżeństwa


To ogółem dziwne, że zamierzam właśnie na taki temat rozprawiać. W zasadzie nie wiem jak powinno wyglądać idealne małżeństwo według jakiś tam psychologicznych bełkotów, ani nie wierzę, że takowe istnieje. Utarte schematy i idealność (mam na myśli zaufanie, obrażanie i przebaczanie) są po prostu nudne i jeżeli ktoś lubi się kłócić i znalazł sobie osobę, z którą może się kłócić mimo wszystko to chyba okej, prawda? Ale my to my, a osoby trzecie to osoby trzecie. Mimo, że te wszystkie teorie i bełkoty psychologiczne, w które przestałem wierzyć jakoś w pierwszej liceum są dla mnie głupie to i tak jest w nich sporo prawdy. Na przykład choćby w przypadku rozwoju człowieka. Nie rzucę trzyletniej córce sarkazmem licząc na to, że ma dystans do siebie i zrozumie mój żart. Co więc jeśli twoje okazywanie uczuć polega na dosraniu komuś, a ten ktoś to akceptuje i odwdzięcza się tym samym? Dla was to normalne, ale czy dla twoich dzieci również, które z pewnością poszukują otwartego okazywania uczuć i po prostu słodkich słówek, które uświadomią im, że są najlepsze, kochane i dzięki takiej budowie pewności siebie poradzą sobie w dorosłym życiu? Zapewne nie. Skąd więc tyle cynizmu i sarkazmu we mnie? Czy to wina moich rodziców czy może otaczającego mnie świata, który wyssał ze mnie całą tą radość i niewinność dziecka? A może to po prostu kwestia genów? Bądźmy szczerzy. Dzieci nie są głupie i nawet jeśli będziesz im mydlić oczy w dobrej wierze to i tak podłapią w jakiejś mierze okazywanie uczuć od swoich rodziców. Także przyszłe przyjaciółki (o partnerach nie jestem w stanie ani jeszcze myśleć) Gabrychy i Bianki, jeżeli moje córki zatopią jakieś wasze rzeczy w kiblu to wiedzcie, że was po prostu kochają. Wcale to nie przypomina pewnej historii z obozu szkolnego, na którym jeszcze moja niedoszła żona wywlekła z namiotu moje łóżko polowe i utopiła je w jeziorze (w konspirze z moją siostrą). Także ten. Chcąc wychować swoje dzieci na dobre i czułe trzeba byłoby zmienić sposób okazywania uczuć od podstaw i pokochać na nowo swojego małżonka, a więc w zasadzie zniszczyć swoje małżeństwo. I właśnie tak to widzę. Jeżeli coś funkcjonuje od dobrych czterech lat z małymi problemami (bądźmy szczerzy iPhone też raz na sto lat złapie zawiechę) to po co to zmieniać? W końcu dzieci kiedyś dorosną, wyprowadzą się i prawdopodobnie będą dzwonić raz na tydzień przy dobrych wiatrach. A ty? Tobie pozostanie ta druga osoba (o ile po drodze nie zwariujecie), która okaże się być zupełnie obca tylko dlatego, że zmieniliście całe swoje życie pod pociechy. Nie twierdzę, że nie trzeba nic zmieniać. W zasadzie świat obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy pojawia się w domu dziecko, ale to są jedynie przyzwyczajenia, a nie to kim jesteście. Tak więc jak przetrwać? Jak zachować jakąkolwiek tolerancję dla siebie (o uczuciach mówić ciężko) i iść razem jak najdłużej? Przyznam szczerze, że mój związek trwał kilka lat zanim zabiły nad nami weselne dzwony. Nie tylko małe szkraby zmieniają relację między rodzicami, ale też i oni sami. Dorastając, dojrzewając i zmieniając swoje poglądy. Mogę powiedzieć śmiało, że jestem już zupełnie innym człowiekiem niż ten piętnastoletni chłopiec, który poznał pewną dziewczynę. Po co więc ślub skoro tyle lat mogliśmy jakoś razem żyć bez większych (czasami i z większymi) problemów? W zasadzie uważam, że świstek potwierdzający związek nie był mi potrzebny. Nasze małżeństwo było jedynie formalnością. W końcu łatwiej jest mieć wspólny kredyt i łatwiej o odbieranie dzieci z żłobka czy przedszkola, kiedy jest się prawdziwym ojcem (tym prawnie), bez bawienia się w dodatkowe papierki. Ten jeden wystarczy. Praktyczność nie zmienia jednak faktu, że jeśli miałbym wątpliwości to w życiu nie zdecydowałbym się na taki krok. I być może dla wielu z was jest to po prostu oschłe to dla mnie i mojej N. było wystarczającym dowodem... (ledwo przejdzie mi to przez gardło czy też palce) miłości. Oczywiście nie wyglądało to tak, że zaciągnąłem kobietę swojego życia przed ołtarz, dałem proboszczowi na łapę stówę patrząc na niego błagalnie i mając nadzieję, że wystarczy, a na sam koniec nie poganiałem N. kiedy podpisywała dokumenty. Wszystko było z wielką pompą, choć nienawidzę wesel i nienawidzę tańczyć. Wiecie... dobrane dodatki, ładna miejscówka, muszka w kolorze ozdób sukienki panny młodej, teść w mundurze, a matka z łzami w oczach. 

Także jak widać melanż, burżua i kasa wydana prawie w błoto. Dlaczego prawie? Bo wszyscy mimo to byli zadowoleni, szczęśliwi i zakochani. Słitaśnie. A ile dziwnych i miłych wspomnień mamy z tamtego dnia. Prócz ciskania się cały wieczór w białej koszuli uważając, żeby się nie pobrudzić i patrzenia jak rodzina i znajomi zataczają się prawie pod stół, kiedy ja siedziałem praktycznie o suchym pysku to była całkiem fajna "stodołówka". Tak więc pomijając ten bajkowy wieczór czy tak naprawdę jest jak w bajce? Owszem. Każdy ma swoją historię i nawet te najbardziej cyniczne i sarkastyczne mogą być piękne. Codziennie zalewamy się ogromem uwag, zaczepek i ogólnie ubzduraliśmy sobie, że kto pierwszy komuś dowali ten wygrywa. Czasami warto zapisywać te śmieszne docinki, bo stanowią one most do tej dobrej przeszłości, do której zawsze można wrócić późnym wieczorem przy dobrym, tanim winie i imitacji kominka. Należy pamiętać jednak, że związek zwłaszcza małżeństwo to głównie przyszłość. Przyszłość rodziców i ewentualnych dzieci. To codzienność, zmaganie się z chorobą, długą kolejką do lekarza, kolejną kolejką w sklepie po chleb i ulubione żelki córki. To odwożenie i odbieranie z przedszkola, z pracy... Wspólne obiady, wspólne wakacje, wspólne zdjęcia i wspólne planowanie. Przede wszystkim wspólne. Nie ma miejsca na ja czy ty. Jesteśmy my i o ile mieliśmy taką wygodę będąc tylko parą czy też małżeństwem bez dzieci, i można było nieco poszaleć i czasami odwrócić się od tej zasady, tak teraz trzeba brać pod uwagę wszystkich. Sprawą jasną jest chyba fakt, że każdy pozostaje sobą i czasami wychodzi gdzieś z swoimi znajomymi lub uprawia swoje hobby wiedząc, że nie ma w tym nic złego. Reszta? Cóż. Wychodzi w praniu. Bo każdy pisze swoją bajkę i każdy ma prawo do ustalenia swoich przykazań. 

Dziesięć przykazań małżeństwa
(naszych) Czy satyrycznych? Nie wiem. Na pewno pomoże niejednemu facetowi przetrwać, a kobietom spojrzeć nieco inaczej na wspólne sprawy.


  1. Nie będziesz miał(a) cudzych (innych) chłopców przede mną. 
    Sprawa ma się tak, że to zazwyczaj kobiety są zazdrosne. Gówno prawda. Czasami denerwuje mnie ten spokój jaki maluje się na twarzy N., kiedy oznajmiam jej, że pół nocy spędziłem głównie w damskim towarzystwie na bilardzie. Nie licząc dwóch kumpli, których bardziej nie było jak byli. Na początku myślałem, że to tylko udawany spokój... Tja. Udawana to jest zazdrość, kiedy czepia się raz na ruski rok i to jeszcze z przekąsem tylko po to, abym miał ją za statystyczną i zdrową kobietę. Bo tak naprawdę po co komu zazdrość? To tylko wykańcza człowieka, kiedy ktoś suszy mu bez powodu głowę. Są jednak wyjątki. Ja mogę! Reasumując masz być jego bogiem/boginią, a on/ona twoim.
       
  2. Nie będziesz wzywał imienia swego małżonka nadaremno. 
    Lubimy samodzielność i szczerze mówiąc... Jak zatkałaś zlew to go sobie sama odetkaj! Gorzej jest w przypadku, kiedy guziki zmówiły się i przysięgły wieczną zemstę za te zabawy na podwórku, w których jeden guziczek obrywał od drugiego pchany siłą palców. Taka bezpieczniejsza wersja kapsli. Tak więc odpadają na potęgę, a to od spodni, od płaszcza czy głupiego swetra. Ja i igła? Chyba tylko podczas szczepienia. A tak całkiem serio to cieszy mnie fakt, że ogólnie rzecz ujmując jeden drugim się nie wysługuje i nie robimy cholernego pola bawełny z naszego związku.
      
  3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. 
    To przykazanie powinno być pierwsze! Nawet jeśli kobieta jest z tych co mają gdzieś wszelkie czułe słówka i tym podobne, to każda, ale każda uwielbia kiedy się o niej pamięta. Nawet jak już jej nie zależy. Także, jeżeli chcesz żyć... Nastaw sobie milion przypomnień i pamiętaj o rocznicy, jej urodzinach, imieninach, dacie, kiedy się poznaliście, jej wizycie u kosmetyczki i o egzaminie poprawkowym.
      
  4. Czcij teścia swego i teściową swoją. 
    Zgadnij kto jest doradcą w sprawie ubrań, szkoły, motywacji w życiu i związków? Eva Minge? Steve Jobs? Piotr Blandford? Tadeusz Rydzyk? Nie! To jej bądź twoja matka, więc warto jednak podkulić ogon, schować pazury i czekać na aprobatę. Na szczęście miałem farta. W końcu odznaka "cud chłopiec" z ust własnej teściowej musi coś znaczyć, prawda? Pamiętaj jednak, że jeżeli masz ogromne szczęście do teściowej to zapewne będziesz miał(a) cholernego pecha w przypadku teścia. Kusze, wiatrówki, przypadkowo wpadająca do zupy kapsułka z arszenikiem? Normalka!
       
  5. Nie zabijaj.
    No nie zabijaj. Bo zostaniesz sam na starość i tyle. Chociaż z drugiej strony, zostaniesz sam na starość w luksusach więziennej celi. Czas się nad tym porządnie zastanowić i obmyślić jakiś ciekawy i efektowny plan, zanim obróci się to przeciwko mnie!
      
  6. Nie cudzołóż. 
    Wasze łóżko jest waszym łóżkiem i koniec. Choćbyście mieli się gnieść, dusić od włosów, gotować przykryci milionem kotów czy też nie wysypiać, notorycznie spadać lub ustępować miejsca dzieciom to za cholerę nie wychodźce z łóżka. Kanapa jest daleko i oddala ludzi od siebie. Nieważne jak bardzo komicznie to brzmi, to po prostu prawda. Być może nie zauważysz tego po tygodniu wysypiania się na tapczanie, ale po dłuższym czasie owszem. Także bez beki, z ręką na sercu, mówię to ja!
      
  7. Nie kradnij. 
    Chciałbyś zobaczyć prawdziwą Chimerę? Chcesz się zamienić w Aresa? Nic trudnego! Wystarczy notorycznie podjadać, a nawet zjadać czy połykać w całości słodycze wszystkich dookoła. Cały dzień w pracy myślisz o tej czekoladzie co kupiłeś wczoraj? Taa, jasne. Możesz pomarzyć. Na kradzieże można przemykać oko tylko w jednym przypadku! Kiedy twoja wybranka kradnie twoje koszule. Dlaczego? Na pewno nie dlatego, że ładnie wygląda! W końcu guziki są po tej dobrej stronie! Nie po tej... kobiecej.
       
  8. Nie mów fałszywego... Nie oczerniaj, nie kłam... Jak to woli. 
    W sumie tutaj bez żadnych hehaszków mogę powiedzieć, że to święta zasada. Nie kłam, porozmawiaj, rozwiąż problem. Po co wam dodatkowe kłopoty skoro macie już do zapłacenia zbyt wysoki rachunek za prąd, wizytę u psychologa z kotem i rozmowę o pracę? A kto oczernia swojego partnera ten jest chyba... nienormalny.
      
  9. Nie pożądaj żony bliźniego swego. 
    Nawet nie próbujcie. I wcale tu nie chodzi o zdradę czy coś tylko tak ogólnie. Ani nawet o żonę... Może być siostra, koleżanka, ktokolwiek, byle płci żeńskiej. Sumienie? Grzech? Zranienie drugiej osoby? Wykorzystanie trzeciej? To nic w porównaniu do solidarności kobiet, więc jeśli na głowie nie chcesz nikogo więcej prócz swojej żony to... daruj sobie.
      
  10. Ani kota, który jego jest. 
    Kotów nie mieszajcie w nic. Koty to skurwiele. 

Tym... radosnym akcentem kończę tę notkę przepraszając za długą nieobecność i obiecując poprawę. (Wiecie to taka formułka przy spowiedzi) he he he.
     
Copyright © 2017 #TeamNowak , Blogger