Dziesięć przykazań małżeństwa


To ogółem dziwne, że zamierzam właśnie na taki temat rozprawiać. W zasadzie nie wiem jak powinno wyglądać idealne małżeństwo według jakiś tam psychologicznych bełkotów, ani nie wierzę, że takowe istnieje. Utarte schematy i idealność (mam na myśli zaufanie, obrażanie i przebaczanie) są po prostu nudne i jeżeli ktoś lubi się kłócić i znalazł sobie osobę, z którą może się kłócić mimo wszystko to chyba okej, prawda? Ale my to my, a osoby trzecie to osoby trzecie. Mimo, że te wszystkie teorie i bełkoty psychologiczne, w które przestałem wierzyć jakoś w pierwszej liceum są dla mnie głupie to i tak jest w nich sporo prawdy. Na przykład choćby w przypadku rozwoju człowieka. Nie rzucę trzyletniej córce sarkazmem licząc na to, że ma dystans do siebie i zrozumie mój żart. Co więc jeśli twoje okazywanie uczuć polega na dosraniu komuś, a ten ktoś to akceptuje i odwdzięcza się tym samym? Dla was to normalne, ale czy dla twoich dzieci również, które z pewnością poszukują otwartego okazywania uczuć i po prostu słodkich słówek, które uświadomią im, że są najlepsze, kochane i dzięki takiej budowie pewności siebie poradzą sobie w dorosłym życiu? Zapewne nie. Skąd więc tyle cynizmu i sarkazmu we mnie? Czy to wina moich rodziców czy może otaczającego mnie świata, który wyssał ze mnie całą tą radość i niewinność dziecka? A może to po prostu kwestia genów? Bądźmy szczerzy. Dzieci nie są głupie i nawet jeśli będziesz im mydlić oczy w dobrej wierze to i tak podłapią w jakiejś mierze okazywanie uczuć od swoich rodziców. Także przyszłe przyjaciółki (o partnerach nie jestem w stanie ani jeszcze myśleć) Gabrychy i Bianki, jeżeli moje córki zatopią jakieś wasze rzeczy w kiblu to wiedzcie, że was po prostu kochają. Wcale to nie przypomina pewnej historii z obozu szkolnego, na którym jeszcze moja niedoszła żona wywlekła z namiotu moje łóżko polowe i utopiła je w jeziorze (w konspirze z moją siostrą). Także ten. Chcąc wychować swoje dzieci na dobre i czułe trzeba byłoby zmienić sposób okazywania uczuć od podstaw i pokochać na nowo swojego małżonka, a więc w zasadzie zniszczyć swoje małżeństwo. I właśnie tak to widzę. Jeżeli coś funkcjonuje od dobrych czterech lat z małymi problemami (bądźmy szczerzy iPhone też raz na sto lat złapie zawiechę) to po co to zmieniać? W końcu dzieci kiedyś dorosną, wyprowadzą się i prawdopodobnie będą dzwonić raz na tydzień przy dobrych wiatrach. A ty? Tobie pozostanie ta druga osoba (o ile po drodze nie zwariujecie), która okaże się być zupełnie obca tylko dlatego, że zmieniliście całe swoje życie pod pociechy. Nie twierdzę, że nie trzeba nic zmieniać. W zasadzie świat obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy pojawia się w domu dziecko, ale to są jedynie przyzwyczajenia, a nie to kim jesteście. Tak więc jak przetrwać? Jak zachować jakąkolwiek tolerancję dla siebie (o uczuciach mówić ciężko) i iść razem jak najdłużej? Przyznam szczerze, że mój związek trwał kilka lat zanim zabiły nad nami weselne dzwony. Nie tylko małe szkraby zmieniają relację między rodzicami, ale też i oni sami. Dorastając, dojrzewając i zmieniając swoje poglądy. Mogę powiedzieć śmiało, że jestem już zupełnie innym człowiekiem niż ten piętnastoletni chłopiec, który poznał pewną dziewczynę. Po co więc ślub skoro tyle lat mogliśmy jakoś razem żyć bez większych (czasami i z większymi) problemów? W zasadzie uważam, że świstek potwierdzający związek nie był mi potrzebny. Nasze małżeństwo było jedynie formalnością. W końcu łatwiej jest mieć wspólny kredyt i łatwiej o odbieranie dzieci z żłobka czy przedszkola, kiedy jest się prawdziwym ojcem (tym prawnie), bez bawienia się w dodatkowe papierki. Ten jeden wystarczy. Praktyczność nie zmienia jednak faktu, że jeśli miałbym wątpliwości to w życiu nie zdecydowałbym się na taki krok. I być może dla wielu z was jest to po prostu oschłe to dla mnie i mojej N. było wystarczającym dowodem... (ledwo przejdzie mi to przez gardło czy też palce) miłości. Oczywiście nie wyglądało to tak, że zaciągnąłem kobietę swojego życia przed ołtarz, dałem proboszczowi na łapę stówę patrząc na niego błagalnie i mając nadzieję, że wystarczy, a na sam koniec nie poganiałem N. kiedy podpisywała dokumenty. Wszystko było z wielką pompą, choć nienawidzę wesel i nienawidzę tańczyć. Wiecie... dobrane dodatki, ładna miejscówka, muszka w kolorze ozdób sukienki panny młodej, teść w mundurze, a matka z łzami w oczach. 

Także jak widać melanż, burżua i kasa wydana prawie w błoto. Dlaczego prawie? Bo wszyscy mimo to byli zadowoleni, szczęśliwi i zakochani. Słitaśnie. A ile dziwnych i miłych wspomnień mamy z tamtego dnia. Prócz ciskania się cały wieczór w białej koszuli uważając, żeby się nie pobrudzić i patrzenia jak rodzina i znajomi zataczają się prawie pod stół, kiedy ja siedziałem praktycznie o suchym pysku to była całkiem fajna "stodołówka". Tak więc pomijając ten bajkowy wieczór czy tak naprawdę jest jak w bajce? Owszem. Każdy ma swoją historię i nawet te najbardziej cyniczne i sarkastyczne mogą być piękne. Codziennie zalewamy się ogromem uwag, zaczepek i ogólnie ubzduraliśmy sobie, że kto pierwszy komuś dowali ten wygrywa. Czasami warto zapisywać te śmieszne docinki, bo stanowią one most do tej dobrej przeszłości, do której zawsze można wrócić późnym wieczorem przy dobrym, tanim winie i imitacji kominka. Należy pamiętać jednak, że związek zwłaszcza małżeństwo to głównie przyszłość. Przyszłość rodziców i ewentualnych dzieci. To codzienność, zmaganie się z chorobą, długą kolejką do lekarza, kolejną kolejką w sklepie po chleb i ulubione żelki córki. To odwożenie i odbieranie z przedszkola, z pracy... Wspólne obiady, wspólne wakacje, wspólne zdjęcia i wspólne planowanie. Przede wszystkim wspólne. Nie ma miejsca na ja czy ty. Jesteśmy my i o ile mieliśmy taką wygodę będąc tylko parą czy też małżeństwem bez dzieci, i można było nieco poszaleć i czasami odwrócić się od tej zasady, tak teraz trzeba brać pod uwagę wszystkich. Sprawą jasną jest chyba fakt, że każdy pozostaje sobą i czasami wychodzi gdzieś z swoimi znajomymi lub uprawia swoje hobby wiedząc, że nie ma w tym nic złego. Reszta? Cóż. Wychodzi w praniu. Bo każdy pisze swoją bajkę i każdy ma prawo do ustalenia swoich przykazań. 

Dziesięć przykazań małżeństwa
(naszych) Czy satyrycznych? Nie wiem. Na pewno pomoże niejednemu facetowi przetrwać, a kobietom spojrzeć nieco inaczej na wspólne sprawy.


  1. Nie będziesz miał(a) cudzych (innych) chłopców przede mną. 
    Sprawa ma się tak, że to zazwyczaj kobiety są zazdrosne. Gówno prawda. Czasami denerwuje mnie ten spokój jaki maluje się na twarzy N., kiedy oznajmiam jej, że pół nocy spędziłem głównie w damskim towarzystwie na bilardzie. Nie licząc dwóch kumpli, których bardziej nie było jak byli. Na początku myślałem, że to tylko udawany spokój... Tja. Udawana to jest zazdrość, kiedy czepia się raz na ruski rok i to jeszcze z przekąsem tylko po to, abym miał ją za statystyczną i zdrową kobietę. Bo tak naprawdę po co komu zazdrość? To tylko wykańcza człowieka, kiedy ktoś suszy mu bez powodu głowę. Są jednak wyjątki. Ja mogę! Reasumując masz być jego bogiem/boginią, a on/ona twoim.
       
  2. Nie będziesz wzywał imienia swego małżonka nadaremno. 
    Lubimy samodzielność i szczerze mówiąc... Jak zatkałaś zlew to go sobie sama odetkaj! Gorzej jest w przypadku, kiedy guziki zmówiły się i przysięgły wieczną zemstę za te zabawy na podwórku, w których jeden guziczek obrywał od drugiego pchany siłą palców. Taka bezpieczniejsza wersja kapsli. Tak więc odpadają na potęgę, a to od spodni, od płaszcza czy głupiego swetra. Ja i igła? Chyba tylko podczas szczepienia. A tak całkiem serio to cieszy mnie fakt, że ogólnie rzecz ujmując jeden drugim się nie wysługuje i nie robimy cholernego pola bawełny z naszego związku.
      
  3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. 
    To przykazanie powinno być pierwsze! Nawet jeśli kobieta jest z tych co mają gdzieś wszelkie czułe słówka i tym podobne, to każda, ale każda uwielbia kiedy się o niej pamięta. Nawet jak już jej nie zależy. Także, jeżeli chcesz żyć... Nastaw sobie milion przypomnień i pamiętaj o rocznicy, jej urodzinach, imieninach, dacie, kiedy się poznaliście, jej wizycie u kosmetyczki i o egzaminie poprawkowym.
      
  4. Czcij teścia swego i teściową swoją. 
    Zgadnij kto jest doradcą w sprawie ubrań, szkoły, motywacji w życiu i związków? Eva Minge? Steve Jobs? Piotr Blandford? Tadeusz Rydzyk? Nie! To jej bądź twoja matka, więc warto jednak podkulić ogon, schować pazury i czekać na aprobatę. Na szczęście miałem farta. W końcu odznaka "cud chłopiec" z ust własnej teściowej musi coś znaczyć, prawda? Pamiętaj jednak, że jeżeli masz ogromne szczęście do teściowej to zapewne będziesz miał(a) cholernego pecha w przypadku teścia. Kusze, wiatrówki, przypadkowo wpadająca do zupy kapsułka z arszenikiem? Normalka!
       
  5. Nie zabijaj.
    No nie zabijaj. Bo zostaniesz sam na starość i tyle. Chociaż z drugiej strony, zostaniesz sam na starość w luksusach więziennej celi. Czas się nad tym porządnie zastanowić i obmyślić jakiś ciekawy i efektowny plan, zanim obróci się to przeciwko mnie!
      
  6. Nie cudzołóż. 
    Wasze łóżko jest waszym łóżkiem i koniec. Choćbyście mieli się gnieść, dusić od włosów, gotować przykryci milionem kotów czy też nie wysypiać, notorycznie spadać lub ustępować miejsca dzieciom to za cholerę nie wychodźce z łóżka. Kanapa jest daleko i oddala ludzi od siebie. Nieważne jak bardzo komicznie to brzmi, to po prostu prawda. Być może nie zauważysz tego po tygodniu wysypiania się na tapczanie, ale po dłuższym czasie owszem. Także bez beki, z ręką na sercu, mówię to ja!
      
  7. Nie kradnij. 
    Chciałbyś zobaczyć prawdziwą Chimerę? Chcesz się zamienić w Aresa? Nic trudnego! Wystarczy notorycznie podjadać, a nawet zjadać czy połykać w całości słodycze wszystkich dookoła. Cały dzień w pracy myślisz o tej czekoladzie co kupiłeś wczoraj? Taa, jasne. Możesz pomarzyć. Na kradzieże można przemykać oko tylko w jednym przypadku! Kiedy twoja wybranka kradnie twoje koszule. Dlaczego? Na pewno nie dlatego, że ładnie wygląda! W końcu guziki są po tej dobrej stronie! Nie po tej... kobiecej.
       
  8. Nie mów fałszywego... Nie oczerniaj, nie kłam... Jak to woli. 
    W sumie tutaj bez żadnych hehaszków mogę powiedzieć, że to święta zasada. Nie kłam, porozmawiaj, rozwiąż problem. Po co wam dodatkowe kłopoty skoro macie już do zapłacenia zbyt wysoki rachunek za prąd, wizytę u psychologa z kotem i rozmowę o pracę? A kto oczernia swojego partnera ten jest chyba... nienormalny.
      
  9. Nie pożądaj żony bliźniego swego. 
    Nawet nie próbujcie. I wcale tu nie chodzi o zdradę czy coś tylko tak ogólnie. Ani nawet o żonę... Może być siostra, koleżanka, ktokolwiek, byle płci żeńskiej. Sumienie? Grzech? Zranienie drugiej osoby? Wykorzystanie trzeciej? To nic w porównaniu do solidarności kobiet, więc jeśli na głowie nie chcesz nikogo więcej prócz swojej żony to... daruj sobie.
      
  10. Ani kota, który jego jest. 
    Kotów nie mieszajcie w nic. Koty to skurwiele. 

Tym... radosnym akcentem kończę tę notkę przepraszając za długą nieobecność i obiecując poprawę. (Wiecie to taka formułka przy spowiedzi) he he he.
     

3 komentarze:

Copyright © 2017 #TeamNowak , Blogger