O życiu leśnym i nie tylko.


Nadszedł chyba najwyższy czas, aby sobie coś wyjaśnić. Nie lubię ciemnoty i głupoty, a takimi sprawami przeważnie bardziej przejmuje się Bartek. A raczej częściej zabiera w nich głos niż ja. Potrafię być naprawdę cierpliwa i szczerze mówiąc dobrze było mi z swoją zasadą, że milczenie jest złotem, jednak już dość z tym. Długo zastanawiałam się czy powinnam opublikować ten wpis. Napisałam go już przedwczoraj, czasami mocno uderzając w klawisze klawiatury wyładowując przy tym całą swoją złość i przygnębienie. Gdy już skończyłam pisać, poczułam że całe te negatywne emocje mnie opuściły i nie potrzebuję ich upubliczniać. Mogę jednak prawić swoje racje i w jakiś sposób nauczać lub przekonywać do swojego zdania, bo mam do tego prawo, tak jak każdy inny. Dlaczego nie zaczęłam robić tego wcześniej? Chyba przez to, że to jedna, wielka walka z wiatrakami. Albo po prostu się bałam. Na blogu jednak nie zaatakuje mnie banda gimnazjalistów, psychofanów lub totalnych szaleńców, którzy obrzucą mnie i moją rodzinę błotem, serdecznie życząc mi śmierci. A przynajmniej nie pozwolę sobie na takie komentarze, choć szczerze wątpię, że jakiekolwiek się pojawią. Jest kilka kwestii, które mnie gnębią i zaczynają powoli spędzać sen z powiek. No może bez przesady, ale zdecydowanie zniechęcają mnie do ponownego zasiadania przez komputerem. Nawet jeśli nie zaglądam na żadne strony i nie interesuję się polityką czy innymi światkami to strumień powiadomień z Facebooka zalewa mnie każdego dnia rażąc moje oczy i doprowadzając do stanu, w którym nie wiem czy jestem bardziej zła czy smutna. Nie obserwuj aktywności znajomych i polubionych stron. To po co mieć takie osoby w znajomych lub klikać lajki jakimś fanpage’om? Poza tym ciekawość ludzka jest zdradziecka i doskonale zdaje sobie sprawę, że w większości przypadków to tylko i wyłącznie moja wina. Ale jak długo mam bronić głupoty ludzkiej tylko dlatego, że to ja przyczyniłam się do jej rozpowszechnienia czytając jakiś wpis lub artykuł? Od dzisiaj przestaję być Jezusem Internetu i zdecydowanie nie będę brała czyichś grzeszków na swoje barki poprzez milczenie i usprawiedliwianie faktem, że ktoś jest niedoedukowany, niewychowany czy nietolerancyjny wobec mnie i innych. Jesteśmy dorośli i czas się ogarnąć. Jeśli ktoś ma prawo do wygłaszania swojego zdania (najczęściej myśląc, że nie niesie to z sobą żadnych konsekwencji) to ja również mam do tego prawo! Jestem jednak świadoma, że wszystkie moje czyny są przyczyną jakiś zdarzeń i jeżeli kogoś obrażę swoim wywodem to z chęcią wysłucham tego co ma do powiedzenia na swoją obronę nie życząc nikomu raka. Tak więc taka mała informacja do wszystkich, którzy tak się wyrażają (choć nie chciałam używać niecenzuralnych słów): Karma nie jest dziwką. Jest sprawiedliwa. I wróci do każdego.

Na początku chciałam zaznaczyć, że szanuję każde odmienne stanowisko niż moje o ile nie jest ono owiane hipokryzją. Rozumiem fakt, że każdy ma prawo do swojego zdania i nie przeszkadza mi konwersacja czy nawet kłótnia polegająca na wymianie poglądów. Jeśli więc użyję jakiś słów, które w jakiś sposób dotkną drugą stronę to można być pewnym, że nie miałam tego na celu. Być może po prostu źle dobrałam te słowa, albo po prostu wciąż nie rozumiem tego innego stanowiska, choć zawsze staram się spojrzeć na wszystko z obu stron. Poza tym na każdy temat, na który zamierzam się wypowiedzieć mam choć podstawową wiedzę (bądź też obszerną) lub znam sprawę z własnego doświadczenia. Także uważam, że tym bardziej mam prawo wygłosić swoją opinię i dać upust emocjom, które gromadziły się we mnie od jakiegoś czasu.


Kobiety w czerni.

Jak każdy się już domyśla, chodzi mi o Czarny Protest, w którym nie brałam udziału. Czy był słuszny? Zapewne tak, ponieważ nowa ustawa antyaborcyjna jest po prostu zła. Ogranicza prawo kobiet do opieki podczas ciąży i prawo do decyzji (ale tylko w jakimś stopniu). Zamieszanie jakie wywołał nowy projekt doprowadził do kolejnych słów nienawiści i to nie tylko w stronę rządu czy kościoła, ale też między samym społeczeństwem. Szczerze? Czarny Protest był naprawdę dobrą okazją, aby się zjednoczyć i zrozumieć w końcu bliźniego swego. Jak matki z niematkami, wierzący z niewierzącymi i dzieci z dorosłymi mogliby w końcu ująć się za ręce i pokazać jedność, która po prostu boi się o swoje życie w XXI wieku, który coraz bardziej przypomina wiek XIII. Głupota jednak niektórych osób doprowadziła do kolejnych sporów i nieprzyjemnych słów, które trafiły także w moją osobę. I bezpośrednio i pośrednio. Wszystko zaczęło się w czwartek, kilka dni przed protestem, kiedy większość (a raczej wszystkie) moich koleżanek i "koleżanek" z pracy postanowiła wziąć wolne na poniedziałek. Szef nie miał nic przeciwko. Jako instytucja zajmująca się kulturą, mieliśmy dość solidny plan na ten dzień dotyczący właśnie trochę Czarnego Protestu. Uznaliśmy (a raczej uznali), że fajnie będzie jeśli ktoś przyjdzie do nas w ten dzień i zobaczy za ladą lub w innych salach samych facetów. Będzie to dobre wsparcie dla kobiet. Mężczyźni wcale nie musieli protestować, aby je okazać. Wystarczy, że zastąpili na zmianie protestujące kobiety. I to był całkiem dobry pomysł! Ale co ze mną? To, że nie protestuję nie oznaczało, że jestem za nową ustawą. Chciałam przyjść do pracy, bo dla mnie to dodatkowe osiem godzin pieniędzy. Jestem w sytuacji, w której każdy grosz się liczy, zwłaszcza, że Bartek miał dwa tygodnie wolnego uzbieranego z swoich grafikowych, a więc nie obowiązywał go płatny urlop. Tak jak mnie, ponieważ nie przepracowałam jeszcze wymaganych, trzech miesięcy. Nie przychodź, usłyszałam od szefa. Masz jeden dzień wolny grafikowo za ostatni weekend, dodał po chwili. I tak w ten sposób wykorzystałam jeden jedyny, przysługujący mi wolny dzień na Czarny Protest zamiast na Halloween, które miałam spędzić z dziećmi. Ale czy to koniec niesprawiedliwości? Oczywiście, że nie. Kiedy "koleżanki" dowiedziały się o moim wolnym dniu, przyszły przekazać mi informacje, o której się spotykamy i w jakim miejscu, aby odnaleźć się w zapewne dużym tłumie ludzi. Grzecznie odmówiłam oznajmiając im, że ostatnimi czasy czarny nie jest moim kolorem i że wolę spędzić ten dzień z źle czującym się mężem i dziećmi, które pewnie nudzą się jak mopsy, bo ich ojciec leży cały dzień na kanapie przykryty po uszy kocem i marudzi na calutki boży świat. No tak, masz dzieci to nie będziesz strajkować. Strajkować? Co to Poznań ’56? Pomyślałam i poczułam ukłucie złości, a na moje usta zaczęły cisnąć się już różne słowa i w zasadzie tylko mocno ściśnięte wargi powstrzymywały je, aby nikt ich nie usłyszał. Zrobiło mi się przykro. Jak jedno zdanie, jak głupota ludzka potrafi zasiać w nas ziarenko nienawiści. I w zasadzie właśnie tak wszystko się zaczyna. Pytanie tylko po której stoimy stronie? Darującej sobie chaos Natalii czy też większości społeczeństwa, które odezwałoby się (tak jak ja chciałam to zrobić przez krótką chwilę) rozpętując tym samym ogromny shit storm. Skoro była już przypowieść o mnie to może teraz przedstawię swoje podejście do całej tej sprawy. W Czarnym Proteście uczestniczyły osoby, które nie wiedziały nawet o co walczą. Część osób (głównie młode osoby) jaka pojawiła się na owym wydarzeniu chciała zmian, ale nie takich jak proponował rząd. A więc wiązało się to także z tym, że prawdopodobnie nie popierali także obecnej ustawy. Czarny Protest nie dotyczył widzimisię co czwartej Polki. Był sprzeciwem, manifestacją, która miała pokazać, że nie zgadzamy się na nowy projekt, ale tym samym akceptujemy obecne warunki. I gdyby to było takie jasne to być może sama przyodziałabym czerń i poszłabym na Plac Mickiewicza w Poznaniu. Wykrzykiwane jednak hasła budziły wątpliwości i przedstawiały raczej chore feministki. Dlaczego chore? Bo zdrowy feminizm jest jak najbardziej w porządku i nie mam nic do takiego światopoglądu. Drugą kwestią był fakt jak niematki krzyczały i wypowiadały się na temat prawa do decyzji. Ale dokładnie jakiej? Chcę mieć dziecko czy nie chcę? To nawet nie powinno być roztrząsane, bo jak wcześniej wspomniałam protest nie dotyczył rozpowszechnienia aborcji. I choć zdaję sobie sprawę, że chodziło o decyzję w przypadku trzech wyjątków w jakich można dokonać aborcji to rzucane hasła w cale tego nie sugerowały. Poza tym uważam, że niematki nie mają na tyle doświadczenia, aby wypowiadać się w sprawie ciąży zagrożonej. Dlaczego? Bo nie poznały jeszcze jak silna potrafi być więź między matką, a nienarodzonym dzieckiem (lub też fasolką – zależy kto od jakiego momentu nazywa połączone komórki człowiekiem) i jak trudna jest taka decyzja. O wiele trudniejsza niż rzucanie haseł na proteście! Nie wiem czy ludzie zdają sobie z tego sprawę, ale nie tylko ciąża pozamaciczna stanowi zagrożenie dla życia matki. Jest wiele innych przypadków, w których matka mimo obawy o własne życie jest w stanie urodzić zdrowe dziecko i decyduje się na to! Tak, jest to jej decyzją i nie mam nic do osób, które w takiej sprawie zrezygnowałyby z tego, ale jaki sens ma obrażanie tak odważnych matek na forach dla "osiągnięcia celu" Czarnego Protestu? Zastanówmy się nad własnymi słowami. Protestowali, aby mieć wybór więc dlaczego odbieramy go innym, którzy stoją po przeciwnej stronie? Dlaczego popadamy z skrajności w skrajność? Tymi retorycznymi pytaniami zakończę rozważania nad tą sprawą.


Nienawiść czy zawiść?

Ostatnimi czasy pojawia się na łamach serwisu YouTube coraz więcej kanałów, które polegają na tym, że ich właściciele udostępniają filmy czyjegoś autorstwa i je komentują, reagują na nie czy też po prostu obrażają twórców. Bawi mnie to, ponieważ taki kontent nie ma nic wspólnego z kreatywną pracą twórczą, a w dodatku jest miejscem, w którym bezkarnie można sobie poużywać i obrażać innych. Nie twierdzę, że filmy brane na tapetę przez tych youtuberów mają jakąkolwiek wartość czy też nie przedstawiają jawnej patologii, ale po co to rozprzestrzeniać? Po co szczuć młodych ludzi, którzy wciąż wierzą, że ich działania w Internecie nie niosą z sobą żadnych konsekwencji? Jeśli ktoś naśmiewa się (nawet jeśli mówi, że nie robi tego złośliwie) z chorego nastolatka, który wrzucił film do sieci to daje on zły przykład publiczności, która ogląda go, mimo że tworzony rzez niego materiał jest przeznaczony dla osób starszych. Ktoś kto ma dwadzieścia pięć tysięcy subskrypcji (dla youtuberów z top dziesiątki to nic, dla mnie to liczba mieszkańców rodzinnej miejscowości Bartka) nie ma już kontroli kto ogląda jego kanał. I mimo, że miasto, z którego pochodzi Bartek składa się z każdej warstwy wiekowej to YouTube składa się głównie z nastolatków w wieku gimnazjalnym. W wieku, w którym człowiek ma w sobie najwięcej nienawiści, i w którym jest najbardziej podatny na krytykę. Mało zła na tym świecie? Mój problem z tym zagadnieniem nie dotyczy jednak tej całej nietolerancji i niezrozumienia tego, że niektóre słowa nie powinny oglądać światła dziennego. Choć to ogromna zgroza. Po prostu nie chcę mi się wierzyć, że ktoś czerpie korzyści z czyjegoś materiału. Filmik, najczęściej bzdurny filmik lub nowa ploteczka, która staje się hitem Internetu trafia na inne kanały. Tylko po co? No na pewno po to, aby twórca mógł wrazić swoją "unikatową" opinię. To nawet dziewczyny od grupy Rae Sremmurd były lepsze, bo zdobyły sławne dzięki własnym zasługom. A ile osób dojebało fejm udostępniając ich filmiki i komentując ich zachowanie? No właśnie. (Dalej przepraszam za niecenzuralne słowa) Poza tym mówienie o czymś non stop jest dla mnie przykładem czystej zazdrości, która siedzi gdzieś w nas samych być może podświadomie.


Drewno z półek supermarketów.

Najbardziej gorący temat wśród leśników, ekologów i obrońców przyrody. Najmniej ważny dla społeczeństwa polskiego, które zakrząta sobie teraz głowę rządami niechcianej partii i planuje kolejne protesty zamiast pomyśleć o wycieczce na wybory. Ale czy jest to taki nieważny temat? Otóż nie! I nie jest on istotny dlatego, że w Polsce wycina się coraz "więcej" lasów. Nie, nie, nie! Temat wycinki drzew czy polowań stał się tym gorącym tylko dlatego, że Polakom brakuje podstawowej wiedzy przyrodniczej. Powiedzmy sobie jedno. Chcesz być eko? To musisz ścinać drzewa. Proste. I nie ma bata, aby było inaczej. Jeśli ktoś kiedykolwiek myślał, że jego drewniane krzesło wyczarowano w Ikei to się grubo pomylił.  A teraz kilka słów wytłumaczenia i szybka lekcja z podstaw leśnictwa. Lasów nie wycina się dla widzimisię człowieka tylko dla jego ważnych potrzeb. Pozyskane drewno wykorzystywane jest do produkcji mebli, podłóg, palet, ma ogromne znaczenie w budownictwie i w codziennym, prostym życiu jako chociażby opał. Bronienie każdego pojedynczego drzewa nie ma sensu, ponieważ każde takie drzewo zostało zasadzone w tym, konkretnym, a nie innym celu. Jeżeli komuś się to nie podoba to niech zaczyna wyrzucać już większość swoich mebli. Poza tym to nie jest tak, że ZUL wchodzi do lasu i rąbie wszystko co napotka na swojej drodze. Powierzchnie zrębowe są starannie wyznaczane według twardych zasad i planu urządzania lasu, który posiada każde nadleśnictwo. Wybierane są wydzielenia leśne w konkretnym przedziale wiekowym, ponieważ drzewo jak każdy żywy organizm ma najlepszą jakość jako surowiec w danej klasie wiekowej. Dlatego argumenty czy to drzewo nie może pożyć dłużej albo przecież za sto lat to drzewo też tu będzie są bez sensu. Takie starodrzewy nie mają żadnej wartości prócz historycznej lub estetycznej. Czasami nawet te estetyczne walory gdzieś znikają tak jak w przypadku lasów karpackich czy Puszczy Białowieskiej. Jeżeli kogoś cieszą spróchniałe świerki to proszę bardzo. Mnie nic do tego, możecie zalewać je betonem, aby utrzymać w całości pnie. Tak więc podsumowując swoją wypowiedź: drewno jest jedynym odnawialnym surowcem, a zanieczyszczenia powstające poprzez spalanie gałązek są najmniejsze z pośród wszystkich rodzajów opału. Może wytłumaczmy sobie dlaczego teraz tak często słyszy się o wycince drzew? Nasze lasy zostały założone po II Wojnie Światowej, a więc minęło już sporo czasu odkąd zasadzono jedne z pierwszych drzew w Polsce na terenach gospodarczych. Nic dziwnego, że są teraz ścinane. Po prostu dojrzały do wieku, w którym są najlepsze. Liczne wycinki nie oznaczają jednak dewastacji polskiej przyrody. Mimo tak wielu zrębów, polskich lasów wciąż przybywa! Dlatego nie mamy się o co martwić i kłócić o każde, pojedyncze drzewo. To, że wycinamy stuletni las (a raczej jego część, las nigdy nie składa się z jednej struktury wiekowej) to nie oznacza, że pozbywamy się wysokich sosen, których potomstwo rosnące na ich miejscu osiągnie taką wysokość dopiero za kolejne sto lat. Kilka metrów obok rośnie osiemdziesięcioletni las, który wygląda dokładnie tak samo jak ten stuletni. Jego wycinką zajmiemy się dopiero za lat dwadzieścia, a więc dla niektórych (w tym i dla mnie w chwili obecnej) ten czas to praktycznie całe dotychczasowe życie. Drzewa nie znikają tak nagle. Lasy nie są nigdy wycinane do zera, bo to szkodzi hodowli. Nie sadzi się też ich byle jak. Wszystko jest dokładnie opracowane i związane z daną krainą leśną, glebą i zapotrzebowaniem surowca na konkretny gatunek. Nie bez powodu najgorszą katedrą na Wydziale Leśnym jest Katedra Urządzania Lasu z królującym tam THLem (Techniki Hodowli Lasu).  Natalia, chcesz powiedzieć, że sadzimy lasy tylko dla zysku? Moim zdaniem tak. Założenie takiego lasu, jego pielęgnacja, a następnie pozyskanie to ogromna suma pieniędzy, dlatego surowiec jaki mamy pozyskać musi mieć większą wartość niż zaplanowane przy jego opiece prace. Walory estetyczne są jedynie dodatkiem, a funkcja schronienia jaką takie zadrzewienie pełni jest mało istotna. Sarny nie urządzają wnętrz, aby zależało im na egzystowaniu w tej, a nie innej części jakiegoś tam boru. Kocham las i serce mi się kraje, kiedy dowiaduję się od swojego taty o kolejnym zrębie w mojej ulubionej części kołodomowej puszczy, jednak rozumiem zapotrzebowanie tej gospodarki i wiem, że jest to po prostu potrzebne światu. Potrzebne nam. Bo inaczej nie mielibyśmy gdzie umieścić swoich czterech liter. Chyba, że dalej chcemy zanieczyszczać środowisko tworzywami sztucznymi.


Przytulmy martwe pluszaki.

To co się stało na Hubertusie Spalskim jest nie do opisania. Po prostu brak mi słów na zachowanie aktywistów pewnej grupy chroniącej zwierzęta. Ja naprawdę rozumiem ludzi, którzy nie tolerują myślistwa, są wegetarianami, weganami lub po prostu nie mogą spać po nocy, bo zobaczyli filmik w Internecie zmasakrowanych kurczaczków. Odstawianie jednak takiego przedstawienia było lekką przesadą. Powinni zająć się raczej owymi kurczaczkami niż wkraczać na tak grząskie grunty jak myślistwo. Sama jestem myśliwym, zrobiłam kurs, ponieważ wywodzę się z rodziny z tradycją myśliwską. Znam kodeks, etykę, potrafię strzelać, jednak nie poluję. Dlaczego? Nie mam sumienia. Mięso jednak jem i jestem naprawdę wdzięczna, że są osoby, które traktują myślistwo jako pasję i mogą czerpać z tego radość. Czy to chore? Cieszyć się z zabijania? Właśnie tak to widzą zwykli ludzie. Ale czy ktoś czepia się wędkarza, który jeździ na ryby, bo to kocha? Jakoś nie. A przynajmniej nie w takim stopniu jak myśliwych, choć śmierć utłuczonej ryby jest bardziej drastyczna niż śmierć zastrzelonego dzika. Dlatego też nie będę szkalować myśliwych za to co robią, ponieważ szkoda mi zwierząt. Bo szkoda. Mięso jednak lubię i z niego nie zrezygnuję. Uważam, że jest ważne w diecie człowieka. W żadnej epoce nikt nie przeżył zbyt długo na samych roślinkach. Jasne, można zastąpić zwierzęce białko tylko nie jest to dobre na dłuższą metę. Zawsze, ale to zawsze, choć w małym stopniu będzie nam ono potrzebne. Dlaczego nazwałam myślistwo grząskim gruntem?  Wszystko ma swoje dwie strony medalu. Z jednej strony upolowanie zwierzyny równa się z szybką i bezbolesną śmiercią. W dodatku takie zawierzę przeżyło swoje życie w spokoju w przeciwieństwie do wspomnianych już kilka razy kurczaczków, które od urodzenia były źle traktowane, a na koniec po prostu zabite. I przypominało to raczej rzeź, a nie szybką śmierć. Z drugiej strony, jeżeli istnieją psychiczni obrońcy przyrody to istnieją również psychiczni myśliwi, których historie często wykorzystywane są przez aktywistów. I to jest najgorsze. Nikt nie zauważa, że zarówno ci zdrowi obrońcy jak i zdrowi myśliwi kochają zwierzęta i są w stanie im pomagać. Nieważne co ludzie mają na talerzach. Ważne co mają w sercach. Zdaję sobie sprawę, że do poruszenia tych kwestii zmusiły mnie zaledwie trzy posty pani Kingi Rusin, która prawdopodobnie nie ma żadnej wiedzy na temat przyrody. A przynajmniej tak wnioskuję po tych paru postach. W jednym z nich zawarte były słowa mówiące o sprzeciwie w sprawie zabijania jeleni, dzików, a nawet żubrów i wilków. No szkoda, pani Kingo, że nie wymieniła pani jeszcze rysiów! Dlatego, uważam że społeczeństwo ma naprawdę małą wiedzę, ponieważ każdy myśliwy, szanujący się myśliwy zna kodeks i wie, że na pewne gatunki się nie poluje. A kłusownictwo to zupełnie inny, o wiele cięższy kawał chleba. O ile mi wiadomo na kierunkach ochrony środowiska jest taki przedmiot jak podstawy leśnictwa. Nie wiem czego na nim nauczają, jednak to istotne, aby w końcu tak ważny kierunek przestał kłócić się z leśnictwem, które nota bene w swoim programie nauczania zawiera o wiele więcej przedmiotów na temat środowiska niż wspomniana ochrona na temat leśnictwa. Zaczynając od ekologii ogólnej, poprzez ochronę środowiska, przyrody, lasu, aż po ekologię w świadomości społecznej. Ja wiem, że leśnicy i myśliwi bywają szorstcy (mój tato pozdrawia), ale prócz wielkiego serca mają to praktyczne podejście, które nie jest akceptowane, a przy dzisiejszych wymaganiach gospodarki po prostu powinno być i już. Bo od zarania dziejów ścinamy drzewa i jemy zwierzęta. I nie ma w tym nic brutalnego. Nie w stawianiu domów pełnych miłości i w podawaniu posiłków z tej miłości. Krąg życia ka-bum!


Tymi słowami pragnę zakończyć swoje wywody. Chciałam znaleźć słowa Mufasy, jednak jedynym sposobem byłoby obejrzenie po raz tysięczny Króla Lwa. A ponownej śmierci ojca Simby po tak obszernej pogawędce na temat przyrody i ludzkiego życia, po prostu bym nie przeżyła!   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2017 #TeamNowak , Blogger