(Nie)wzniosły hymn o miłości.


Czyli podziękowania za cały ten syf, stres i chaos, który sprawia, że jestem szczęśliwa.

Czasami naprawdę nie wiem czy już nienawidzę bardziej samej siebie czy może wszystkich dookoła. Wstaję codziennie rano i miewam wątpliwości. Do wszystkiego. Czy mam dobre życie, czy nie utknęłam w czymś złym, czy jestem dobrą matką, żoną i przyjaciółką. I nachodzi mnie często taka myśl, że skoro subiektywnie postawiłam siebie na piedestale jako wzór do naśladowania (bo przecież kto ma nim być dla moich dzieci?) to może coś jest nie w porządku z całym światem właśnie, a nie ze mną? I gryzę się z myślami o tym jak cholernie, ale cholernie jestem zła na wszystkich. Jakby to oni byli winni tego, że znalazłam się w takiej, a nie innej sytuacji. Że każdego ranka wstaję i robię dokładnie to samo mając jedynie pociechę z… pociech. Że na nic innego jak stary, śmierdzący dres już mnie nie stać. Że nie potrafię być już dla nikogo piękna i że jestem zużyta niczym stary trampek po zajęciach z wychowania fizycznego. Że skończyłam studia, a nie mam pracy, nie umiem gotować, a atopowe zapalenie skóry uniemożliwia mi wykonywanie praktycznie wszystkich obowiązków domowych. I mogę przysiąść, że wyrywam sobie włosy gniewając się na cały świat. A potem na siebie. Bo wiecie należę raczej do „chujowa pani domu” team. Nie jestem jakąś tam perfekcyjną matką, która gotuje zdrowe obiadki, uprawia jogging, ma czas na jogę, wyjście z przyjaciółmi po osiemnastej i wyjście tego samego wieczoru na romantyczną kolację z mężem. Nie robię też za trójcę świętą przedszkola będąc jednocześnie przewodniczącą rady rodziców i zastępcą samej siebie, by wymyślać na co jako skarbnik będę zbierać pieniądze. Moje dzieci też nie fruwają i nie posiadają innych nadprzyrodzonych zdolności, których mogłabym ich nauczyć. Bo przecież mimo tylu zainteresowań, kontaktów i zdrowych obiadków, które same się nie ugotują, mam tyle czasu, że bez problemu prócz czasu na naukę znajdowałabym jeszcze czas na pełnowymiarowy, ośmiogodzinny sen. I czasami aż nie chce mi się wierzyć, że ktoś taki istnieje. Albo jesteście wszyscy na prochach, albo to ja jestem jakąś trefną serią. Bo przecież sama nie jestem i to chyba jedyna, pocieszająca myśl, która koniec końców okazuje się być gwoździem do trumny, no bo jak można cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia? A jeżeli ktoś, mimo tego jak czasami bywa źle i jak wielkie wory pod oczami ma, uważa że to szczęście, to przecież nie należy temu komuś zazdrościć lub co gorsza być hipokrytą.

I tak siedzę sobie nieszczęśliwa. Znów niezadowolona, że praktycznie każdy mój dzień jest wielką batalią szarej rzeczywistości z sennymi marzeniami o macierzyństwie i idealnym małżeństwie. I to już nie chodzi chyba o mnie. Czasami mam wrażenie, że to moje zachowanie, mimo ogromnych starań źle wpłynie na przyszłość naszych gwiazd. Że za te dziesięć lat, Gabrycha oknem będzie mi się wymykać do jakiegoś klubu, a w plecaku Bianki (takim jeszcze w kwiatki, misie lub w inny słodki wzorek) znajdę szlugi. I nikt mi w tym nie pomaga. Bo wiecie, żeby chociaż dzieci były zawsze uśmiechnięte to wiedziałabym, że nawet w brudnym dresie z przetłuszczonymi włosami, czasami krzycząca i surowa, robię coś dobrze. Że udało mi się uratować tę ich beztroskość i niewinność jaką powinno mieć dziecko. Ale kiedy siedzisz w cudzym lokum, bo w mieszkaniu, w którym dane było nam mieszkać stwierdzono wyciek gazu i całą rodziną ewakuowaliśmy się na dwa dni (tylko dwa) do znajomych, przychodzi do ciebie córka i mówi „mamo ja chcę spać w swoim łóżku” to po prostu się załamujesz. I to całe „może robię dobrze” zamienia się w cholerne, czarne i bez dna „nie wiem”.  I jak tu przetrwać bez choć odrobiny wyżywania się na niewinnym, pluszowym jednorożcu? 


I do tego wszystkiego dochodzi mąż. Z dziećmi sobie poradzę. Ciągle to sobie powtarzam. Mamy tyle czasu, że zawsze zdołam pocieszyć się myślą, że jeszcze zdążę, że jeszcze je uszczęśliwię. Ale jak tu wychować starego barana, który ma ego wielkie jak Kanada? Tak, tak, kompromisy. Ale co wtedy jeśli już nawzajem nie potraficie się uszczęśliwiać? Bo każdy wasz cholerny dzień wygląda tak samo lub w gorszym przypadku – zaskakuje nowymi problemami. Bo przecież jak może ze mną wytrzymać skoro któryś raz z kolei zatrzasnęłam kluczyki od samochodu wewnątrz auta? A potem z nerwów, kiedy już znaleźliśmy ten zapasowy komplet kluczy w mieszkaniu, puściłam zbyt szybko sprzęgło, a samochód praktycznie pofrunął żabką uderzając w pojazd sąsiada, który jak na złość oczywiście musiał zaparkować swoim automobilem tak blisko naszego jak tylko się dało. A potem szanowny egoista wypomina mi wady, które nie istnieją. Bo przecież dlaczego miałabym być złym kierowcą i dlaczego niby jestem perfidna? Przecież nie planowałam dobijać staruszka, którego dzień wcześniej wkurzyliśmy za głośną muzyką poprzez zdemolowanie mu auta. I te całe kłótnie czy kupiłam makaron, bo on nie zje ziemniaków, chce makaron. Ale kiedy zapomniał spakować butelki dla Bianki to nic się nie stało! Widocznie jeszcze nie musiał kupować nowej w aptece, wyparzać smoczka i przyzwyczajać dziecka do tego obleśnego smaku świeżej gumy. A potem kłócimy się na korytarzu, a większość zdań zakończona jest sformułowaniem „ty głupia blondynko” bądź „stary, zadufany jełopie” jadąc przy okazji swoje twórcze pomysły, bo przecież "artystów" takich jak my najlepiej zranić obrażając ich chore płody. I warczymy na siebie i szukamy dziury w całym. 
A potem siadam sama na kanapie jak ta sierota i ryczę. Na początku z powodu tego jak to wszystko wygląda, a potem uświadamiam sobie jak to wszystko wyglądało naprawdę. I płaczę jeszcze mocniej i żarliwiej, że jakbym mogła to nakręciłabym dzięki tym łzom Titanica 2

Bo wiecie co? Było osiem stopni na dworze i zrobił grilla. I wybrał mi najmniej spalone kawałki papryki i mięsa z szaszłyków pozwalając upić trochę swojego piwa. A wcześniej, gdy zabrałam się za szorowanie wanny krzyknął „ej, ej, ja to zrobię”, wiedząc że cholerny odkamieniacz prędzej wypali moją chorą skórę niż zmyje ten kamień. I zawsze, ale to zawsze wypłucze pranie. I chowa ciastka, żeby małe stwory wszystkiego nie zjadły, żeby coś dla mnie zostało. I kupuje mi nowy dres mówiąc, że stary już się nie nadaje, albo w ogóle oddaje mi jakąś swoją bluzę, w której ze spokojem mógłby iść do pracy, ale zostawia ją dla mnie. Na stracenie, bo żadna, ale to żadna bluza nie wygra z dwójką hiperaktywnych dzieci. I wie jakie sosy do hot-dogów lubię i nie pyta się milion razy o to, gdy wbiega do jakiegoś sklepu po nasze szybkie i mega „zdrowe” śniadanie. I może czasem to wynika z jego ego i dumy, ale nie pyta, nie dręczy jak jestem zła. Ale też nie idzie spać, dopóki chociaż trochę nie wymusi na mnie odpowiedzi lub w choć małym stopniu nie zmniejszy mojego gniewu. 

I w końcu… 

Zostawia kartkę na szybie pod wycieraczkami auta sąsiada:
„Stuknąłem pański samochód. Proszę o kontakt”

I te małe, te cholernie małe dowody miłości sprawiają, że cały ten tekst wydaje mi się koniec końców abstrakcją, nieprawdą, brzydkim snem po gorszym dniu, wyładowaniem się, by zrozumieć co jest istotne.
Mówi do mnie między wierszami.
I w zasadzie niczego innego nie potrzebuję. 


Dlatego też następnym razem jak będzie się upierał, że on to tej kurtki/butów/książki/strun/innejważnejdlaniegorzeczy nie potrzebuje, że lepiej jakbym to ja wydała te pieniądze na coś dla siebie, to po prostu mu tą rzecz kupię. A potem dokupię piwo. I ten cholerny makaron.

Taka jestem romantyczna. 

3 komentarze:

Copyright © 2017 #TeamNowak , Blogger